Atak na Jana Pawła II w świetle sprawy byłego kardynała McCarricka

piątek, 20 Listopad 2020

Rozmowa przeprowadzona przez Katolicką Agencję informacyjną (KAI)
z o. Maciejem Ziębą, dominikaninem

KAI: Ogłoszony we wtorek 10 listopada raport Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej nt. byłego kardynała Theodore'a Edgara McCarricka wywołał falę negatywnych dla Jana Pawła II komentarzy w mediach światowych, a także polskich. Fakt, że w 2000 r. Jan Paweł II mianował McCarricka arcybiskupem Waszyngtonu, ma być rzekomo dowodem na to, że „zamiatał pod dywan” sprawy pedofilii. Jak ma się to do tego, co znajdujemy w raporcie i do prawdy historycznej?

Jestem załamany tym jak światowe, a także polskie media stronniczo przedstawiają tę sprawę. Raport przeczytałem dwukrotnie, a fragmenty dotyczące Jana Pawła II jeszcze bardziej szczegółowo. Widzę, że wymowa raportu jest zupełnie inna. Jeżeli pan Obirek oraz inni publicyści, a pan Zandberg i inni politycy mówią, że Jan Paweł II tuszował pedofilię, to albo nie czytali raportu albo po prostu kłamią. Innej możliwości nie ma. Z raportu wynika, że pierwsze oskarżenie o wykorzystywanie seksualne małoletniego przez McCarricka pojawiło się dopiero w 2017 r. – ponad 12 lat po śmierci Jana Pawła II. Wtedy natychmiast rozpoczęło się śledztwo, w wyniku którego pozbawiono McCarricka wszelkich godności, z usunięciem ze stanu duchownego włącznie.

Wcześniej jest mowa wyłącznie o nieudokumentowanych oficjalnie jego zachowaniach seksualnych wobec osób dorosłych: kleryków i księży. Pojawiły się one po raz pierwszy w połowie lat 90-tych w kontekście podróży Jana Pawła II do USA i odwiedzin, jakie miał złożyć w Newark, gdzie biskupem był McCarrick. Jednak ówczesne badanie je oddaliło i Jan Paweł II przybył do tego amerykańskiego miasta, gdzie spotkał się z nim także Bill Clinton. Powtarzam, zarzuty o pedofilię wobec McCarricka pojawiły się dopiero w czerwcu 2017 r. więc nie ma mowy o żadnym ukrywaniu tego problemu przez Jana Pawła II.

Dlatego dobrze, że zapadła decyzja o przygotowaniu tego wielkiego raportu, który został opracowany na podstawie źródeł z sześciu watykańskich kongregacji oraz nuncjatury w Stanach Zjednoczonych, a także w oparciu o zeznania ponad 90 świadków. Najkrótsze z nich trwało godzinę, a najdłuższe aż 30 godzin! Przesłuchiwany był również kard. Stanisław Dziwisz. Do tego dochodzą materiały z mediów, Białego Domu i Departamentu Stanu. Generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o bagatelizowanie ostrzeżeń, jakie dochodziły do Watykanu w sprawie McCarricka, raport nie pokazuje jakiegokolwiek „tuszowania” ze strony Jana Pawła II. Wynika zeń w sposób ewidentny, że Jan Paweł II podejmował decyzje w oparciu o informacje, jakie były mu dostarczane, że badał sprawę wnikliwie i nigdy niczego nie tuszował. Raport ukazuje natomiast daleko posuniętą biurokratyczną niewydolność służb watykańskich. Wskazuje również na klerykalną, korporacyjną mentalność decyzyjnych gremiów w Kościele –zarówno na poziomie amerykańskiego Episkopatu jak i urzędów Stolicy Apostolskiej. A to zawsze dla Kościoła jest szkodliwe. Raport nt. McCarricka należy więc uznać za poważny materiał, wskazujący, jak dużo trzeba w Kościele zmienić.

KAI: Mówi Ojciec o „biurokratycznej niewydolności” struktur watykańskich w okresie poprzedzającym nominację McCarricka na arcybiskupa Waszyngtonu. Na czym konkretnie ta niewydolność polegała?

W listopadzie 1999 r. papież dostaje list od kard. Johna O’Connora metropolity Nowego Jorku, którego bardzo wysoko cenił, a który wówczas był już śmiertelnie chory. Kardynał ostrzegał, że nominacja McCarricka na nowy urząd będzie błędem i grozi skandalem. W bardzo obszernym liście ów kardynał pisał o informacjach, które zebrał na temat nadużyć seksualnych wobec kleryków i młodych księży z udziałem McCarricka, zaznaczając jednocześnie, że zarzuty te dotyczą czasów zamierzchłych i nie ma dowodów ani zeznań pod przysięgą, które by je potwierdzały. Wtedy Jan Paweł II zwraca się do abp. Giovanniego Battisty Re, sekretarza Kongregacji ds. Biskupów, aby przesłał ten list do oceny osób, które znają realia amerykańskie, a zarazem by skierował prośbę do nuncjusza w USA, abp. Gabriela Montalvo o przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie.

Nuncjusz pisze list do czterech amerykańskich biskupów ze stanu New Jersey, którzy od dawna znają McCarricka i którzy z nim ściśle współpracowali, z prośbą o ustosunkowanie się do zarzutów wysuniętych przez kard. O’Connora. Raport podkreśla, że biskupi ci odesłali odpowiedzi zbyt ogólne i niewystarczające w świetle tego, co mogli wówczas wiedzieć. Ogólna wymowa tych odpowiedzi jest taka, że żadne oskarżenia się nie potwierdzają, a McCarrick jest wybitnie utalentowanym, niezwykle pracowitym oraz godnym zaufania biskupem. Następnie, w końcu maja 2000 r. ów pozytywny raport czterech biskupów zostaje przekazany osobom doradzającym papieżowi oraz jemu samemu. Opinie te znacznie osłabiły negatywną wymowę listu kard. O’Connora, który zmarł parę tygodni wcześniej. Zwłaszcza, że równocześnie z USA przychodzi do Watykanu wiele listów od biskupów i księży wychwalających zasługi McCarricka.

Wreszcie, na początku sierpnia 2000 r. Jan Paweł II otrzymuje za pośrednictwem ks. Dziwisza list od McCarricka, który – mówiąc wyraziście – łże w żywe oczy i przysięga, że jest absolutnie niewinny. Papież – wbrew temu co mówią media – nie podejmuje wtedy decyzji o nominacji, ale – po przeprowadzonym śledztwie i po liście McCarricka – zwraca się z prośbą do kongregacji ds. Biskupów o dołączenie go z powrotem do listy kandydatów na urząd arcybiskupa Waszyngtonu. To Kongregacja nadal prowadzi i rozeznaje tę sprawę, zbiera opinie, analizuje dokumenty, włącznie z listami O’Connora i McCarricka. W końcu, ponad dwa miesiące po liście McCarricka, przekazuje papieżowi do podpisu nominację. Dopiero wtedy – po spełnieniu wszystkich procedur – papież podpisuje ją 14 października 2000. A zasadniczym powodem błędnej decyzji – oprócz listu samego McCarricka – jest fakt, że ci czterej biskupi amerykańscy z Newark i okolicznych diecezji, do których pisał nuncjusz, naginają prawdę, broniąc wewnątrzkościelnej mentalności korporacyjnej. Chcą wybronić swojego współbrata. Takie właśnie, mocne oskarżenie należy im postawić, zresztą nie tylko im.

Raport dowodzi dobitnie, że praca wszystkich urzędów Stolicy Apostolskiej, które w to były zaangażowane, włącznie z nuncjaturą w USA, okazała się mało skuteczna. Bowiem wszystkie te sita przepuściły kandydaturę człowieka, który był przestępcą i zdrajcą powołania. Raport jest więc przede wszystkim dowodem na instytucjonalną niewydolność kościelnych struktur, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Rzymie.

Jest też jeszcze inny wątek, o czym – nie wiem czemu – media milczą. To fakt, że McCarrick od 1996 do 2014 r. współpracował z Departamentem Stanu i Radą Bezpieczeństwa Narodowego USA oraz z prezydentami Billem Clintonem, Georgem Bushem i Barakiem Obamą. Uczestniczył w różnych działaniach dyplomatycznych. Posyłamy był z misjami m. in. do Chin, na tereny b. Jugosławii, Bliskiego Wschodu, na Kubę. Bill Clinton w 2000 r. wręczył mu Nagrodę Praw Człowieka. Bush z kolei w 2004 r. publicznie mówił, że „jest dumny, że może nazywać go swoim przyjacielem”. Dowodzi to smutnego faktu, że również służby amerykańskie, które są znane ze swej skuteczności oraz zdolności prześwietlania osób współpracujących z administracją USA – także niczego niepokojącego nie wykryły. Nic nie wykryły także amerykańskie media, które wówczas zajmowały się aferami pedofilskimi jako jednym z głównych tematów. Stało się tak, pomimo, że niektóre z nich dostały materiały obciążające McCarrika. Najważniejsze z nich, „New York Times” czy „Washington Post”, uznały, jednak że są to niewiarygodne plotki. W związku z czym zawiesiły swoje śledztwa. Co więcej, McCarrick występuje w nich jako ten, który walczy z pedofilią. W takie bowiem piórka stroił się w czasie, gdy wybuchały głośne afery na tle pedofilskim w Kościele w USA. Mamy więc z jego strony prawdziwy festiwal hipokryzji, który zwiódł zarówno administrację watykańską, jak i administrację Stanów Zjednoczonych i tamtejsze media. Świadczy to wyłącznie o tym, jak był to skuteczny, błyskotliwy i utalentowany, a zarazem totalnie zakłamany człowiek.

KAI: Jak w kontekście tego wszystkiego o czym mówi raport można ocenić decyzję Jana Pawła II, który w końcu jednak podpisał jego nominację?

Była to zła decyzja. Z pewnością było też parę innych słabych nominacji, a dwie wręcz fatalne: ta dotycząca McCarricka oraz kard. Hansa Groëra, metropolity Wiednia. Byli to ludzie, którzy zdradzili swoje powołanie, hipokryci i szkodnicy niszczący bezbronnych ludzi. Niestety - przy takiej ilości działań jakie prowadził Jan Paweł II na całej kuli ziemskiej – zdarzały mu się błędne decyzje personalne. Pamiętajmy jednak, że w ciągu 27 lat Jan Paweł II mianował kardynałami aż 261 osób. Także święci popełniają błędy. Podobnym błędem również było docenianie przezeń Marciela Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa – jako trzeciej takiej ponurej postaci. Są to ewidentne błędy, ale nie ma tam cienia premedytacji czy tuszowania przestępstw seksualnych. O tym po prostu Jan Paweł II nie wiedział. Po grzechu pierworodnym błędy są nieuchronnie wpisane w ludzką kondycję i nikt nie jest od nich wolny, ani najwybitniejsi politycy, ani najlepsi managerowie, ani ludzie Kościoła, nawet święci.

Decyzja o nominacji McCarricka – w świetle dokumentacji jaką Jan Paweł II miał na swoim biurku – wydaje się nawet uzasadniona. Bo jeśli miał tyle pozytywnych opinii nt. McCarricka a jedną negatywną, to trudno się dziwić…

Jeśli przestudiujemy wszystkie dokumenty, jakie są w raporcie, to faktycznie tak było. Jest tam krytyczny wobec McCarricka list kard. O’Connora, ale ze strony wielu innych są wręcz peany na jego temat, włącznie z przewodniczącym Konferencji Amerykańskich Biskupów Katolickich bp. Josephem Fiorenzą, abp. Jamesem Harvey’em, prefektem Domu Papieskiego, kard. Maidą z Detroit, czy kard. Hickeyem z Waszyngtomu, który w McCarricku widział swojego następcę. A pomimo to, papież nakazał zbadać negatywną opinię przedstawioną przez kard. O’Connora. Oczywiście nie można zdjąć odpowiedzialności z Jana Pawła II, gdyż jego podpis widnieje pod nominacją, ale w tym układzie prawdopodobnie każdy popełniłby taki sam błąd. Owszem, kładzie się to cieniem na polityce personalnej Jana Pawła II, ale w żaden sposób nie kładzie się cieniem ani na jego wielkości, ani na świętości.

Warto też odnieść się do zarzutów jakie wybrzmiały w filmie „Don Stanislao” wobec kard. Stanisława Dziwisza, że rzekomo robił wszystko, aby doprowadzić do nominacji McCarricka na arcybiskupa Waszyngtonu. Czy to prawda?

Pierwszym zarzutem podnoszonym przez media wobec kard. Dziwisza jest fakt, że jego nazwisko pojawia się w raporcie 45 razy. A jest to całkowicie zrozumiałe, skoro był wówczas sekretarzem Jana Pawła II. W raporcie jest przecież mnóstwo nazwisk i nazwisko kard. Johna O’Connora, pojawia się ponad 150 razy, nazwisko prezydenta Obamy 26 razy, a prezydenta Busha 23 razy. Fakt, że czyjeś nazwisko pojawia się w raporcie nie jest żadnym oskarżeniem, a interpretowanie tego w taki sposób jest zwykłym naginaniem faktów. Inny rodzaj zarzutów formułowany jest w oparciu o fakt, że bp Dziwisz otrzymał na początku sierpnia 2000 r. list od McCarricka, który przekazał Janowi Pawłowi II. Sądzę, że McCarrick nie pisał do dykasterii, bo obawiał się, że jego list tam ugrzęźnie, a nie śmiał pisać do samego Jana Pawła II, więc pisze do bp. Dziwisza. Zresztą początkowo moje listy w taki sam sposób trafiały do papieża. Ze strony Dziwisza nie widać tu żadnej innej roli poza przekazaniem listu, który uznał za ważny. Na podstawie Raportu nie da się mu zarzucić jakiegokolwiek tuszowania tej sprawy. Rolą sekretarza, który dostaje codziennie kilkaset listów do papieża z niezliczonymi informacjami, prośbami czy ostrzeżeniami, jest ich sortowanie i wybieranie najważniejszych, które dostarcza papieżowi, a inne kieruje do różnych kongregacji, albo chowa do archiwum. Tak czynią wszyscy sekretarze osób, które są powszechnie znane. Czynią tak w trosce o ochronę przełożonego przed niepotrzebną i nadmierną ilością pracy, tym bardziej biorąc pod uwagę jego stan zdrowia. Podobnie jest z niezliczonymi prośbami o osobiste audiencje.

Całkowicie zrozumiały jest więc fakt, że bp Dziwisz jako sekretarz nie prezentował Janowi Pawłowi wszystkich pism jakie dostawał, ani nie umawiał audiencji dla wszystkich, którzy o to prosili. Ale dlatego ważna jest odpowiedź na pytanie czy bp Dziwisz przekazywał wszystkie ważne listy do właściwych watykańskich urzędów, tam gdzie powinny trafić? Tego ten raport nie dotyczy. W moim przekonaniu, a przez lata obserwowałem jego pracę, bp Stanisław Dziwisz był wzorowym sekretarzem.

A skoro padają zarzuty wobec Jana Pawła II, to warto chyba przypomnieć to wszystko, co jako papież zrobił dla oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle wykorzystywania seksualnego małoletnich przez duchownych. Jego pontyfikat jest tu chyba przełomowy?

Szkoda, że we wszystkich komentarzach w ostatnim czasie w ogóle nie ma o tym mowy. Bo przecież to Jan Paweł II rozpoczął walkę z pedofilią w Kościele.Najpierw, w 1993 r. zainicjował ją w Stanach Zjednoczonych, a później w Irlandii. Kiedy jednak okazało się, że jest to problem szerszy to w kwietniu 2001 roku ogłosił słynny dokument, motu proprio „Sacramentorum sanctitatis tutela”. Podniósł w nim wiek ochrony osób małoletnich – powyżej norm świeckich kodeksów karnych – do 18. roku życia oraz nakazywał, by wszystkie przypadki zasadnych podejrzeń przekazywać natychmiast do Rzymu, nie tylko do Kongregacji ds. Duchowieństwa (która zajmowała się konkretnymi przypadkami), ale również do Kongregacji Nauki Wiary, którą kierował kard. Joseph Ratzinger, aby rozwiązywać ten problem w sposób systemowy. Wtedy też przeniesiono do tej kongregacji prałata Charlesa Sciclunę – znanego obecnie tropiciela wykorzystywania seksualnego małoletnich przez duchownych, który od lat kieruje oczyszczaniem Kościoła i wykrywaniem sprawców owych przestępstw. Przyjęto też normę „zero tolerancji”, a potwierdzenie oskarżeń o „tę wielką zbrodnię” miało skutkować usuwaniem ze stanu duchownego. Był to moment przełomowy w skali całego Kościoła.

W 2002 roku Jan Paweł II raz jeszcze wezwał biskupów amerykańskich do Watykanu, krytykując ich za zbyt opieszałe postępowanie i 23 kwietnia 2002 roku wystąpił wobec nich z ostrym potępieniem skandali seksualnych, podkreślając, że wobec tej „wstrząsającej zbrodni … ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby nieletnich”.

Nawet ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski przyznaje, że kiedy w 2002 r. był w Rzymie, widział jak na Placu św. Piotra Jana Paweł II rugał publicznie amerykańskich kardynałów za to, że nie starają się oczyścić Kościoła w Stanach Zjednoczonych z tych zbrodni. Papież, aż po ostatnie tygodnie swego życia, był – jak to ujął ks. Isakowicz-Zaleski – „bardzo surowy i stanowczy w kwestii molestowania”. Zaangażowanie Jana Pawła II w walkę z pedofilią potwierdzili też niedawno przewodniczący episkopatów całego świata, którzy spotkali się w dniach 21-24 lutego 2019 roku w Watykanie, by rozmawiać o tym problemie. Byli oni zgodni, że rok 2001 i motu proprio Jana Pawła II były momentem zwrotnym – od tego czasu przypadki pedofilii w Kościele są już dość rzadkie, ścigane z całą surowością prawa i jednoznacznie osądzane.

Podejmując w 2000 roku decyzję o nominacji amerykańskiego hierarchy na arcybiskupa Waszyngtonu, papież nie dysponował żadnym dowodem jego winy, ani choćby jednym obciążającym go świadectwem złożonym na piśmie lub pod przysięgą. Z jednej strony miał więc pogłoski, których nie potwierdziło dochodzenie nuncjatury apostolskiej w USA, a z drugiej słowo biskupa przysięgającego, że wszystkie zarzuty przeciwko niemu są nieprawdziwe. W tej sytuacji Jan Paweł II dał wiarę dostojnikowi, który cieszył się wielkim szacunkiem w Stanach Zjednoczonych, a nie anonimowym listom i pogłoskom, których nie udało się potwierdzić. Być może na decyzji papieża zaważyły też wydarzenia, do których doszło siedem lat wcześniej w USA.

W amerykańskich mediach 11 listopada 1993 roku wszystkie serwisy informacyjne stacji telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych od samego rana prześcigały się o doniesieniach o arcybiskupie archidiecezji Chicago. Telewizja CNN co godzinę emitowała spot zatytułowany „Upadek”, którego negatywnym bohaterem był Joseph Bernardin – pierwszy w historii Kościoła kardynał oskarżony publicznie o wykorzystanie seksualne kleryka w seminarium. Sprawę zgłosił do prokuratury 34-letni Steven Cook z Filadelfii. Mężczyzna chory na AIDS utrzymywał, że został zgwałcony przez Bernardina, gdy ten był biskupem w Cincinnati. Od samego rana pod rezydencją arcybiskupa Nowego Jorku zaczęły gromadzić się wozy transmisyjne. Reporterzy i kamerzyści czekali na wyjście kardynała Bernardina, który zatrzymał się tam u swojego dobrego znajomego – kardynała Johna O’Connora. Przyleciał bowiem dzień wcześniej z Chicago do Nowego Jorku, by wygłosić na uniwersytecie Columbia wykład na temat mistyki Thomasa Mertona. Przez dłuższy czas kardynał Bernardin nie chciał wyjść na zewnątrz do dziennikarzy. Doradcy przekonali go jednak, że unikanie mediów może być odebrane jako ucieczka przed odpowiedzialnością. Wyszedł więc z budynku, gdzie od razu zasypany został gradem pytań. Na najważniejsze z nich odpowiedział, że nieprawdą jest jakoby miał kiedykolwiek stosunek seksualny ze Stevenem Cookiem (później powtarzał to będzie jeszcze podczas piętnastu konferencji prasowych). Część dziennikarzy i telewidzów nie uwierzyła jednak w zapewnienia purpurata. Kiedy kilka dni później w Baltimore odbywało się doroczne zgromadzenie biskupów amerykańskich, przed budynkiem grupa demonstrantów protestowała przeciw kardynałowi Bernardinowi w imieniu ofiar wykorzystywania seksualnego przez księży.

Rozprawa przed sądem w Cincinnati przyciągnęła uwagę wielu mediów amerykańskich, które relacjonowały jej przebieg. Szybko okazało się jednak, że akt oskarżenia posypał się jak domek z kart. 28 lutego 1994 roku Steven Cook oficjalnie wycofał zarzuty. Później przyznał, że jego pozew opierał się na fałszywych zeznaniach. Dodał, że chciał w ten sposób wymusić na archidiecezji Chicago odszkodowanie w wysokości 10 milionów dolarów. Kardynał wybaczył oszczercy. Odwiedzał później chorego Cooka, a przed śmiercią homoseksualisty na AIDS we wrześniu 1995 roku wyspowiadał go i udzielił rozgrzeszenia. Kilka dni później celebrował jego Mszę pogrzebową. Sam Bernardin bardzo jednak przeżył fałszywe oskarżenie pod swoim adresem. Pod wpływem tych doświadczeń zapadł na zdrowiu. Wkrótce potem zachorował na raka i zmarł w listopadzie 1996 roku w wieku 68 lat. W roku 2000 Jan Paweł II miał jeszcze świeżo w pamięci historię pierwszego kardynała oskarżonego o molestowanie seksualne. W przypadku McCarricka – podobnie jak w przypadku Bernardina – miał do czynienia z amerykańskim hierarchą, który przysięgał o swej niewinności, mimo pojawiających się zarzutów (przy czym oskarżenia wobec McCarricka nie były poparte żadnymi dowodami czy zeznaniami – w odróżnieniu od Bernardina, którego oskarżyciel opowiadał przed sądem ze szczegółami, jak został zgwałcony przez biskupa). Dlatego mając przed sobą podobny przypadek, papież dał wiarę duchownemu, a nie pogłoskom, które wówczas nie znalazły potwierdzenia.

 

Rozmowa przeprowadzona przez Katolicką Agencję informacyjną
z ks. prof. Robert Skrzypczakiem i prof. Janem Żarynem

Mamy do czynienia z istną nagonką na osobę św. Jana Pawła II. W jakich kategoriach traktować trwające obecnie ataki na papieża Polaka?

To jest ewidentne przecież. Ta nagonka czy w inny sposób próba zlikwidowania postaci świętego autorytetu dla Polaków, czy autorytetu w skali globalnej, światowej Jana Pawła II łączy się z podjętą w Polsce kolejną fazą czy kolejną falą uderzeniową rewolucji transgenderowej. Wiadomo, że Jan Paweł II, tak samo jak i Kościół katolicki w Polsce są głównymi hamulcowymi zmian moralnych, obyczajowych, które zamierzają wprowadzić środowiska lewicowe, inspirujące się neomarksizmem, Gramscim, szkołą frankfurcką. W związku z tym lepszej okazji nie mogły wykorzystać, jak raport poświęcony kard. McCarrickowi. Oczywiście robili to na ślepo i bez żadnego związku z rzeczywistością. To co pojawiało się w polskich mediach począwszy od 10 listopada czyli od daty opublikowania raportu, wychodziło z ust albo przedstawicieli skrajnej lewicy, albo ze środowiska apostatów. To wszystko było nastawione na to, żeby w przekonaniach, w wyobraźni publicznej zniszczyć, a przynajmniej nadwyrężyć autorytet papieża Jana Pawła II.

Przypomnę tylko, że Kościół katolicki swoim nauczaniem o nierozerwalności małżeństwa, o tym, że małżeństwo to mężczyzna i kobieta, o uprzywilejowanym statusie rodziny jako miejsca, gdzie przyjmuje się życie i gdzie wychowuje się życie, a więc miejsca osobotwórczego, o niezaprzeczalnej, bezdyskusyjnej godności życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci, stanowi tamę dla wprowadzania zmian transgenderowych w świecie. A pozycja Kościoła katolickiego właśnie dzięki pontyfikatowi Jana Pawła II, dzięki jego teologii ciała, personalistycznej wizji człowieka a także pozyskaniu młodego pokolenia poprzez jego niezwykły charyzmat (Światowe Dni Młodzieży) stanowią bastion. Trzeba w ten bastion uderzyć, spróbować go zniszczyć. Oczywiście są to kule słane na oślep, bo jeśli ktoś jest choć trochę inteligentny i choć trochę dociekliwy jeśli chodzi o fakty, a nie ma ochoty dać się porwać fali propagandy, tylko trzyma się rzeczywistości i spojrzy na watykański raport dotyczący casusu McCarricka, to przekona się, że fakty nie były takie, o jakich rzekomo mieliśmy się dowiedzieć z ust Leszka Millera, Sławomira Sierakowskiego czy eksksiędza i apostaty pana Obirka, tylko zupełnie inne.

Sam raport ws. McCarricka pokazuje nam papieża Jana Pawła II w zupełnie innym świetle. Proszę wziąć pod uwagę, to jest 1999 i 2000 rok, czyli Jan Paweł II ma 80 lat, jest już dotknięty chorobą, a mimo tego każe badać dokładnie sprawę kard. McCarricka, każe Kongregacji ds. Biskupów zweryfikować wszystkie pogłoski, prosi o zebranie opinii innych biskupów ze środowiska, w którym działa i żyje McCarrick i na podstawie tego decyduje się wstrzymać kandydaturę bp. McCarricka na stolicę w Waszyngtonie. Dopiero osobisty list ówczesnego arcybiskupa McCarricka przekonuje Jana Pawła II, bo McCarrick przysięga w tym liście, że chodzi tylko i wyłącznie o próby zdyskredytowania go ze względu na jego działalność dyplomatyczną i związaną z papieskimi finansami, którymi się zajmował. Z drugiej strony papież otrzymuje też wiele opinii ze strony biskupów dotyczących McCarricka jako człowieka bardzo otwartego na ludzi, bardzo kochającego Kościół, którego pasterskie walory wielu docenia.

Raport pokazuje nam papieża jako człowieka bardzo roztropnego, który się konsultuje, zasięga opinii zanim podejmie decyzję. Dopiero w 2017 roku odsłoniły się fakty pokazujące, że ta decyzja mimo tego wszystkiego okazała się błędna – 12 lat po śmierci Jana Pawła II i 8 latach prób podejmowanych przez Benedykta XVI, żeby wyjaśnić sprawę. Takiej perspektywy i takiej wiedzy nie mieli ludzie w 1999 czy w 2000 roku. Wyciąganie zatem z tego wniosku, jakoby Jan Paweł II był odpowiedzialny za krycie pedofilii w Kościele, jakoby sam był współwinien temu to nie tylko jest nadużycie, dziennikarska nierzetelność – jeśli ktoś powiela takie wiadomości – ale jest to świadectwo, że została podjęta próba, aby obalić najważniejszy bastion, który nie pozwala uczynić z Polski łatwego łupu dla transgenderowej rewolucji.

W tych wszystkich atakach jest niesamowita perfidia, biorąc pod uwagę to, że św. Jan Paweł II był papieżem bardzo mocno związanym z młodzieżą. Miał niesamowity kontakt z młodymi ludźmi, bardzo często to właśnie do nich kierował swoje słowo. Uderzenie w jego osobę w sytuacji, kiedy dzisiaj obserwujemy zaostrzenie się walki o młodzież, nie jest przypadkowe… Ależ oczywiście. Jesteśmy w czasach burzenia autorytetów, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Dzisiaj młodzi ludzie nie lubią autorytetów i od nich odchodzą. Jest to także podsypane ideologią lewicową, rewolucyjną, dyktującą, że wszelkie autorytety trzeba lekceważyć, trzeba im okazywać pogardę, poczynając od autorytetu ojca, matki, poprzez autorytet nauczyciela, profesora, księdza, świętych – trzeba się od tego odwracać w ramach walki z paternalizmem. Podkreślał to już bardzo mocno Marshall McLuhan, kanadyjski znawca zjawiska globalizacji i tego, jak w warunkach globalizacji funkcjonują media. Zwrócił on uwagę, że w tym momencie, kiedy przychodzi pokusa czy ochota, żeby zniszczyć wszelkie autorytety, „wyzwolić” ludzi od autorytetów, żeby nie mieli żadnych punktów odniesienia, bo wtedy będą łatwiejsi do zagospodarowania przez łatwe hasła lewicowo nasyconego buntu, rebelii, wówczas – McLuhan mówił – pojawią się prędzej czy później tzw. anonimowe autorytety, to znaczy te autorytety, które są wykreowane przez media: autorytet opinii publicznej, autorytet niewidzialnej ręki, która steruje, podpowiada, jak myśleć, jak oceniać fakty. Przykład ataku na św. Jana Pawła II przy okazji pojawienia się raportu dotyczącego McCarricka jest najlepszym tego dowodem. Wystarczy przejrzeć, jakie pierwsze opinie pojawiały się w polskiej przestrzeni prasowej. Proszę zwrócić uwagę, że sięgnięto po opinie osób, które do Kościoła nie należą, które z tym Kościołem się pożegnały poprzez akt apostazji, albo które kiedyś były wręcz wyszkolone w zwalczaniu Kościoła. Ja osobiście, jako widz czy odbiorca mediów czułem się tym obrotem spraw poniewierany.

Widać ewidentne, rażące w oczy próby dyskredytowania, przekazania pogardy w stosunku do św. Jana Pawła II, jego moralnego i duchowego autorytetu. W tych wszystkich atakach – i to widać coraz wyraźniej – wcale nie chodzi o troskę o ofiary pedofilii, ale o brutalne posłużenie się nimi w celu obalenia pamięci o osobie, której spuścizna wielu pomogła podnieść się z najtrudniejszych sytuacji w życiu. To nie jest jakaś nowość. To nie jest coś, co spowodowało, że mi zabrakło tchu, kiedy się spotkałem z tymi czasem niesprawiedliwymi, nieuczciwymi, a nieraz wręcz wrednymi wypowiedziami ze strony niektórych polityków, czy publicystów w Polsce w stosunku do Jana Pawła II. To mnie nie zaskoczyło.

Próby zdyskredytowania Jana Pawła II nie tylko w Polsce, ale także na świecie i głównie właśnie w środowiskach nastawionych lewicowo-liberalnie i bardzo pozytywnie do galopujących zmian obyczajowych, które powinny według nich iść z duchem czasu, są wyznacznikiem linii postępu, zauważam już od momentu kanonizacji Jana Pawła II, czyli wyniesienia autorytetu Jana Pawła II do tego rozmiaru, że Kościół katolicki potwierdził to, co było w momencie umierania Jana Pawła II powszechnym przekonaniem i spontanicznie wychodziło z ludzi: „Santo subito!”. Cieszyliśmy się. Myśmy to rozpoznali, że mamy świętego. Nietrudno sięgnąć po podobne analogie – św. Franciszek i św. Antoni. Ich kanonizacje też przebiegały bardzo szybko i były w absolutnej zgodzie z odczuciem większości. To pewnym środowiskom musiało się nie podobać. Nie było im na rękę. Począwszy od środowisk, które już wcześniej próbowały wyeliminować Jana Pawła II, także używając broni i kul, po środowiska, dla których Jan Paweł II był przede wszystkim niewygodnym, znienawidzonym nauczycielem i autorytetem młodego pokolenia. Trzeba było zadbać o to, żeby przede wszystkim młode pokolenie odciągnąć od przesłania chrześcijańskiego, bardzo atrakcyjnej wizji chrześcijańskiego życia, miłości, rodziny małżeństwa. Stąd właśnie zaczął się szybki proces tego, co my nazywamy dewojtyłizacją czyli obrzydzaniem postaci Karola Wojtyły, czy też próbami nawet dekanonizacji Jana Pawła II. Przypomnę kilka faktów.

Dwa lata temu we francuskim „Le Monde” ogłoszono petycję sformułowaną przez dwie francuskie teolożki reprezentujące lewicowe środowiska w Kościele katolickim, które wręcz domagały się dekanonizacji Jana Pawła II za zbyt – według nich – restrykcyjne podejście do etyki seksualnej, małżeńskiej. To samo potem powtórzył pracujący w Watykanie profesor Sciascia – rozważał on od strony prawnej możliwość dekanonizacji Jana Pawła II.

Potem na początku tego roku, jeszcze przed pandemią, pojawiło się to w postaci listu wysłanego przez grupę biskupów w północnych Włoszech, którzy przepraszali swoich diecezjan za zbyt rygorystyczne i niedostosowane do mentalności i możliwości współczesnego człowieka nauczanie Jana Pawła II w sprawach seksualności i miłości. W wielu miejscach następowała próba przemilczania teologii ciała, czyli genialnej, bardzo przekonującej wizji ludzkiej miłości, otwartości na życie, wspaniałomyślności przekazu życia. Fala tzw. strajku kobiet, wcześniej także rebelii transgenderowej na polskich ulicach łączyła się z próbami podboju czy zdobywania kolejnych symbolicznych przyczółków w postaci owijania w tęczowe flagi pomników – od Chrystusa, przez Kopernika, aż po krzyż na Giewoncie. To stanowi kolejną broń w podjętej w tej chwili wojnie o dusze młodego pokolenia, próbę nakłonienia młodego pokolenia do apostazji. Ja bym chętnie namawiał tych, którzy obserwują wydarzenia w Polsce i wydają się skłonni popierać to, czego żądają przywódczynie strajku kobiet czy innych środowisk feministycznych, do czego dołączają się skrajnie lewicowe partie neomarksistowskie w Polsce, żeby zwrócili baczną uwagę na to, co działo się w Europie Zachodniej od 1968 roku, poprzez lata 70: rewolucja seksualna, wychodzenie na ulice, na barykady, próby profanowania miejsc świętych i kościołów, które przerodziło się w latach 70. w ruch także domagania się radykalnych zmian obyczajowych, lewicowych, wspierany metodologią terrorystyczną i do czego to doprowadziło 50 lat później.

Mamy dzisiaj w Europie pokolenie, które jest niezdolne podejmować jakiejkolwiek odpowiedzialności, pokolenie sfeminizowanych mężczyzn, wyemancypowanych kobiet, ludzi samotnych, którzy są zagubieni i którzy pokryci tatuażami i karmieni narkotykami stają się pokoleniem ludzi zgłodniałych miłości, zgłodniałych sensu, ludzi, którzy mają w sercu pustkę. Chcemy w Polsce osiągnąć taki standard za 50 lat, poddając się tej ślepej lewicowo-liberalnej rebelii? Rozważcie, czy rzeczywiście jest w naszym interesie, żeby dzisiaj oderwać się od Ewangelii, od Dekalogu, od nadprzyrodzoności, wpatrywania się w niebo, od Kościoła katolickiego, który zawsze Polakom dawał azyl, poczucie bezpieczeństwa jeśli chodzi o bronienie i pielęgnowanie przede wszystkim ludzkiej wolności, ludzkiej godności, czy możemy sobie pozwolić na szarganie i profanowanie świętych.

Dziś Jan Paweł II, jutro Faustyna Kowalska, pojutrze ks. Popiełuszko. Co nam zostanie? Tylko ponawiane propozycje, żeby z placu św. Jana Pawła II wrócić do nazwy placu 1-go Maja, a może także rocznicy rewolucji październikowej, a może sięgniemy znowu po ideały Feliksa Dzierżyńskiego? Oto jest pytanie.

Należy się bardzo mocno zastanowić, czy jest to tylko walka wewnątrzpolska z naszą katolicką polskością, czy też uderzenie w Jana Pawła II nie jest takim uniwersalnym planem, którego celem jest w jakiejś mierze przejęcie Kościoła katolickiego przez środowiska bardzo mocno lewicowe i ateistyczne – wrogie przejęcie instytucji, w której już istnieją pewne przyczółki wroga, przyczółki, które mogą dać się skusić, by potępić nawet Jana Pawła II w imię bratania się ze złem” - mówi pprof. Jan Żaryn, historyk. Trwa próba obrzydzenia Polakom osoby św. Jana Pawła II. Pewne środowiska za wszelką cenę starają się połączyć osobę Karola Wojtyły z aferami pedofilskimi w Kościele.

 

Prof. Jan Żaryn:

Myślę, że na tyle jeszcze dużo jest w Polsce osób wierzących, że warto powiedzieć wprost, że diabeł nie jest figurą retoryczną, tylko bytem, który się w różnych momentach szczególnie mocno ujawnia i otrzymuje porcję współpracowników w dziele niszczenia dobra. Nie da się ukryć, że w przypadku Polaków to atak na Jana Pawła II jest jednym z najcelniejszych sposobów, by nas osłabić, uderzając w najczulsze miejsce. Miejmy w sobie, jako Polacy, czujność. Zostaliśmy bardzo mocno i w pewnym sensie z punktu widzenia skuteczności działania diabła celnie uderzeni, bo w zasadzie wszystko wskazuje na to, że znacząca część innych już miejsc została tak przećwiczona, że już zostaliśmy pozbawieni chrześcijańskiej wrażliwości.

Być może dobra pamięć o Janie Pawle II to jest taki ostatni przyczółek, który utrzymuje nas jeszcze przy życiu zgodnie z polską tradycją, zgodnie z polskim dziedzictwem. Odebranie nam tej postaci, zniszczenie, tak jak niegdyś – proportion gardée oczywiście – władza komunistyczna, stalinowska próbowała odebrać wszystko, co wiązało się z niepodległością i wszystkimi środowiskami, które o tą niepodległość walczyły, by ją odzyskać w 1918 roku i potem, by o nią walczyć w latach II wojny światowej. Wtedy, w powojennych czasach stalinowskich był też olbrzymi bolszewicki atak na polskość w historii, na wszystkie możliwe autorytety.

Mamy dzisiaj w zmienionych, innych warunkach, taką próbę diabolicznego działania przeciwko naszej tożsamości. Należy się bardzo mocno zastanowić, czy jest to tylko walka wewnątrzpolska z naszą katolicką polskością, czy też uderzenie w Jana Pawła II nie jest takim uniwersalnym planem, którego celem jest w jakiejś mierze przejęcie Kościoła katolickiego przez środowiska bardzo mocno lewicowe i ateistyczne – wrogie przejęcie instytucji, w której już istnieją pewne przyczółki wroga, przyczółki, które mogą dać się skusić, by potępić nawet Jana Pawła II w imię bratania się ze złem. … KGB wzięło już raz na celownik św. Jana Pawła II. Rodzi się zatem pytanie, na ile te ataki na jego osobę, z jakimi mamy w tej chwili do czynienia mogą być w jakiś sposób inspirowane przez rosyjskie służby ? Myślę, że nie da się udowodnić takiej prostej inspiracji, natomiast da się udowodnić to samo pochodzenie mentalne, czyli pewien typ człowieka, który istnieje i który chce się posiłkować metodami zaczerpniętymi z IV departamentu służby bezpieczeństwa. Między innymi przypomnę o prowokacji, której realizatorami była zresztą ekipa Grzegorza Piotrowskiego, a która polegała na tym, by podrzucić kompromitujące materiały na temat papieża Jana Pawła II sugerujące, że istniały jakieś związki intymne między nim a jedną panią, z którą współpracował w czasach swojej misji kardynalskiej. Do tej prowokacji ostatecznie nie doszło, bo ekipa Piotrowskiego – już świętująca rzekomy sukces – była łaskawa się tak upić, że stracili panowanie nad samochodem, spowodowali wypadek i zostali aresztowani przez milicję i w ten sposób zdekonspirowani. Pobyt tajnych funkcjonariuszy, których w Krakowie w tym czasie miało nie być… Ale to przypominam o pewnej historii, natomiast niewątpliwie za tym się kryje pewna mentalność, to znaczy zdolność do nieposiadania sumienia, zdolność, która jest zdolnością diaboliczną. To szatan uczy, żebyśmy się pozbawili sumienia, jego wyrzutów i jakiegokolwiek sygnału moralnego. Opierając się na naszych odniesieniach historycznych wiemy, do czego prowadzi taki zanik sumienia w człowieku: do łagrów, obozów koncentracyjnych.

Powtarzamy to w kółko i do znudzenia, ale faktem jest, że to wszystko mieści się w pewnej logice totalitarnego i ateistycznego myślenia ludzi, którzy są gotowi do niszczenia największych świętości w imię realizowania celów ukrytych, w tym przypadku niszczenia Kościoła. Jakby to trywialnie nie brzmiało, to trzeba sobie te proste prawdy powtarzać, żeby się nie zagubić. Takie niszczenie świętości, niszczenie autorytetów moralnych wpisuje się – jako narzędzie – w scenariusze destabilizacji stosowane chociażby przez wspomniane przeze mnie KGB. Na ile ta akcja niszczenia wizerunku św. Jana Pawła II może się wpisywać w trwające obecnie próby destabilizacji państwa polskiego? Na pewno bowiem jest pomocna. Na pewno nie do końca państwo jest tutaj głównym przeciwnikiem, tylko naród, to znaczy nasza wspólnota. Ta wspólnota narodowa rzeczywiście jest dzisiaj poddawana z bardzo różnych stron olbrzymiej presji mającej na celu doprowadzenie do zapomnienia o swoim wyjątkowym bycie. Oczywiście niszczenie autorytetów, jak Jana Pawła II i za chwilę zapewne prymasa Stefana Wyszyńskiego – zapewne im bliżej będzie beatyfikacji, tym mocniej ktoś zacznie wykonywać jakieś kłamliwe sugestie pod adresem prymasa Stefana Wyszyńskiego – oczywiście wpisuje się w osłabianie wspólnoty i naszej wyjątkowości. Najsmutniejsze jest to, że w tym uczestniczą sami Polacy. Na ogół narody – przynajmniej europejskie – mają w sobie taki instynkt samozachowawczy, że szukają autorytetów i nie pozwalają sobie na ich niszczenie. My niestety mamy w sobie jakąś taką anarchistyczną, niewolniczą tendencję – a przynajmniej niektórzy z przedstawicieli polskich elit – że zamiast chronić wspólnotę, to jesteśmy współudziałowcami w jej niszczeniu.

Natomiast warto przypominać sobie, że niewątpliwie na przykład ojcowie niepodległości Stanów Zjednoczonych są zaczynem amerykańskiej dumy i pozostaną zapewne takimi na zawsze. Podobnie jak Francuzi, z którymi zupełnie nie musimy się utożsamiać jeżeli chodzi o ich widzenie państwa jako nad wyraz wyjątkowo traktowanego dobra, tej wyrosłej przecież na platformie krwawej rewolucji francuskiej republiki, ale sami Francuzi nie dopuszczają do siebie myśli, by dezawuować początek swojej współczesności i chlubią się republikanizmem jako wyjątkowym osiągnięciem państwa francuskiego, choć wiemy, jak ono było dla ludzi wierzących bardzo bolesne. Między rewolucją francuską końca XVIII wieku a dekretami antykościelnymi z 1905 roku to jest ta przestrzeń stu lat, gdzie we Francji odbywa się cały wiek proces dechrystianizacji tego państwa. Możliwe, że jesteśmy dzisiaj też na jakimś właśnie etapie tej drogi dechrystianizacji państwa, ale poprzez wypłukanie Polaków z naszej tożsamości. I nie państwo jest tutaj głównym podmiotem tej operacji, tylko właśnie naród, tak jak Francuzi w latach 1789-1905.

George Weigel - Prawda o raporcie w sprawie McCarricka:
https://teologiapolityczna.pl/prawda-o-raporcie-w-sprawie-mccarricka